29.10.2015

Such a wonderful life.

Siedmiomiesięczna przerwa w blogowaniu, a moje życie wywróciło się do góry nogami. Bycie Au Pair nie było mi przeznaczone, jak pewnie większość z Was, czytelników tego bloga mogło się domyślać - skróciłam program. Już pod koniec czerwca byłam w domu, wśród najważniejszych dla mnie osób.
Dzisiaj, po ponownym przyzwyczajeniu się do mojego życia w Polsce, mogę spokojnym, może nawet zdystansowanym okiem spojrzeć na pierwszą połowę 2015 roku i moje zupełnie inne życie. Jestem z siebie ogromnie dumna. Spełniłam marzenie, mieszkałam na obcym kontynencie, chodziłam do collegeu, poznałam Amerykanów, żyłam moim Amerykańskim życiem. To było naprawdę cudowne doświadczenie, które polecam każdemu. Nie można niczego żałować, wiadomo, popełniałam błędy, ale kto tego nie robi? A po co żalem psuć sobie tak piękne wspomnienia?
Mogłoby się wydawać, że po półrocznej rozłące z kimkolwiek nic już nie będzie takie samo. Wracałam do domu trochę niepewnie, oczekując najgorszego, biorąc odpowiedzialność za swoje wybory. Wiadomo, rodzina będzie zawsze rodziną, ale chłopak? Przyjaciele? I tutaj doznałam pięknego zaskoczenia. Nic się nie zmieniło. W życiu nadal, niezmiennie od półtora roku towarzyszy mi M., przyjaciele jak byli tak są nadal, jedynie tym razem im zachciało się opuszczać rodzinny dom, ale kto jak nie ja to zrozumie? Więc czekam cierpliwie na powroty lub odwiedziny.

Jak teraz wygląda moje życie?
Na pełnych obrotach. Robię wszystko, wykorzystuję każdą chwilę. Praca, uczelnia, chłopak, znajomi, uczelniane media, a do tego udzielam korepetycji z angielskiego, rysuję, ostatnio nawet wpadłam na pomysł tworzenia jakichś kochanych drobiazgów z filcu. Czasami tylko zatrzymuję się na chwilę spoglądając na ramki ze zdjęciami ze Stanów i te z moim chłopakiem wiszące na ścianie mojego pokoju i myślę jak cudowne mam życie.


Miłego dnia!
A.

15.03.2015

Smoothie

A dzisiaj znowu nieco o jedzeniu. Na tym blogu jeszcze nie jeden raz będę o tym pisać, bo przecież to jedna z najlepszych czynności w życiu!
Smoothies. Nie rozumiem dlaczego świat dopiero teraz zwariował na ich punkcie. Uwielbiam je i piję już od kilku lat, praktycznie codziennie. Czy to w szkole czy w domu, owocowe, warzywne, mrożone, jakiekolwiek. Są super zdrowe, zaspokajają głód, a te bardzo owocowe i zimne są idealną alternatywą lodów w lecie, w dodatku idealnie orzeźwiają. Polecam każdemu, zwłaszcza, że ich wykonanie jest banalnie proste. Wystarczy mieć w domu jakikolwiek rodzaj blendera i dosłownie 3 minuty. 

Moje dzisiejsze drugie śniadanie właśnie tak wyglądało:



Smoothie: 
  • Mleko migdałowe 
  • 1,5 łyżeczki masła orzechowego 
  • Pół łyżeczki kakao
  • Banan 
  • Łyżeczka nasion chia 
  • Lód


Super pyszne i zastępujące niedzielne słodkie zachcianki. A do tego jabłko i brak głodu na kilka godzin gwarantowany. 


A poniżej niektóre z ostatnich dni. Niestety nie udało mi się zrobić zdjęcia każdemu, bo czasem po prostu się spieszyłam. Ale część z nich:


Zielony: 
  • Jogurt naturalny
  • Jarmuż 
  • Ogórek 
  • Winogrona 
  • Jabłko 







Egzotyczny:
  • Jogurt naturalny 
  • Mango 
  • Pomarańcza 
  • Banan




  • Mleko migdałowe 
  • Truskawki 
  • Jabłko 
  • Banan 
  • Ananas


Zwykle jest tak, że pakuję do blendera co mam pod ręką. Oczywiście staram się o różnorodność, więc ostatnio powstała też pinacolada (mleko migdałowe, ananas, ekstrakt z wanilii) czy różne wersje z jarmużem, który naprawdę uwielbiam w smoothie. Jest orzeźwiający, pożywny i niesamowicie zdrowy.

Jeden minus to to, że niestety mój kubek do smoothie zostawiłam w domu, w Polsce. Muszę kupić jakiś jak najprędzej. Rozglądałam już się za nimi ale nie wiem którym wybrać, bo jest dość spory wybór. Podwójne ścianki kubka byłyby dobrym rozwiązaniem na lato, ale z kolei ich rozmiary są olbrzymie. Niektóre mają tylko słomkę bez zamknięcia, więc też nie jestem przekonana ze względu na możliwość wylania się w torebce. Z kolei te z zamknięciem jak kubek termiczny + podwójne ścianki mają brzydkie wzory i kosmiczne ceny. Póki co się wstrzymam z zakupem i jeszcze się porozglądam.

A teraz wychylając głowę przez okno czuję zachęcające ciepłe promienie słońca, więc kończę i miłej niedzieli!

A.

11.03.2015

Weekend, handmade, trochę mody i narzekania.

Weekend. Miniony był jednym z lepszych w ostatnim czasie. Nareszcie wiosna dała o sobie znać również tutaj, a ja w pełni to wykorzystałam. Całą sobotę spędziłam na chodzeniu po downtown Waszyngtonu szukając sukienki na wesele, dzięki któremu w kwietniu odwiedzam Polskę na kilka dni. Tak, tak, tak! Jeszcze równe 30 dni i zobaczę wszystkich, za którymi tak bardzo tęsknię! Mam zaledwie kilka dni by się wszystkimi nacieszyć, z czego dwa dni to wesele (:o), więc będzie ciężko, ale mimo wszystko dobre i kilka chwil z Nimi spędzone. Skype jest w porządku, lepszy niż nic, ale tak już kiedyś pisałam, mi skype nie ułatwia życia bez bliskich. Kiedy rozmawiałam o tym z innymi au pairkami - wszystkie mi się dziwią, że zdecydowałam się na przylot do Domu w ciągu trwania roku. Traktują ten czas tak bardzo zasadowo - samodzielne życie za granicą, bez powrotów. Poza tym, wiele z nich mówi również, że po prostu nie mają do czego wracać, no może oprócz chłopaka. I z tego co zauważyłam, tutaj się najbardziej różnimy, bo ja zdecydowanie mam do czego wracać, zostawiłam wszystko co najważniejsze i w jakimś stopniu już poukładane w Polsce. Teraz już nie dziwię się tym wszystkim ludziom, którzy mnie znają i którzy zawsze mi powtarzali "odważna jesteś", kiedy rozmawialiśmy o moim wyjeździe. Kto normalny decyduje się na porzucenie tylu bliskich osób, z którymi jest się zżytym, studiów, jakichś już wyłaniających się planów na przyszłość i ukochanego miasta w imię spróbowania czegoś nowego? No cóż, do tego mam bardzo mieszane uczucia. Bo z jednej strony jeżeli to wszystko to są prawdziwe, szczere relacje, to zwyczajnie przetrwają i czas temu nie zaszkodzi, no a poza tym pokonywanie siebie kształtuje i wzmacnia osobowość no i oczywiście cała ta gadka "do odważnych świat należy", która nieco prawdy za sobą niesie. Aha, i nie zapominajmy o adrenalinie związanej z nowościami. Z drugiej strony jednak po co mieszać sobie w życiu skoro ma się już jego jakiś konkretny zarys? Po co próbować, sprawdzać i podejmować tak duże ryzyko? Czy nie lepiej czasami pozwolić się życiu ustabilizować? No tak, stabilizacja, bezpieczeństwo. Ja chyba po prostu chciałabym mieć spokojne życie, ale zwyczajnie mnie nudzi. Stąd biorą się wszystkie nieporozumienia w mojej głowie, mnogość problemów, które ciągną się do 1 w nocy. Z jednej strony - uczucia, spokój, poukładanie, z drugiej - pragnienie odkrywania, próbowania i pożądanie adrenaliny. Nie łatwo z tym żyć. Ale jest śmiesznie. Czasami.
Zaczęłam być wylewna nawet na blogu. Pięknie.

Wróćmy może do tematu! Wspomniałam o pięknej sobocie i poszukiwaniu sukienki - nie, nie udało mi się jej znaleźć, bo moim problemem jest to, że niestety wiem czego chcę (przynajmniej w wyborze ciuchów!). W każdym razie, dzień spędzony bardzo przyjemnie. 
W niedzielę z kolei, widziałam się z Valescą i pojechałyśmy do National Harbor. Malowniczy port na rzece Potomac, w Alexandrii. Mój pierwszy weekend tutaj również spędziłam w tym miejscu, ale pogoda zdecydowanie nie była tak dobra jak teraz. Nareszcie mogłam założyć t-shirt, kurtkę skórzaną i mój ukochany płaszczyk i nie czułam chłodu! Co do płaszcza - jest on idealny na każdą pogodę - wczoraj było dużo chłodniej, a wciąż w nim nie marzłam. 
Gdy zaszło słońce w zatoce, a my zgłodniałyśmy, pojechałyśmy na sushi. Tak bardzo dawno go nie jadłam, a tak je uwielbiam. Byłyśmy w małej restauracji gdzieś na drugim końcu Maryland i było pysznie.












Kiedyś tutaj wspominałam o handmade, które uwielbiam, ale nigdy nic nie pokazałam. Poniżej nareszcie jest koszulka, którą zrobiłam jakoś niedługo po przyjeździe do Stanów. Pomysł na nią miałam w głowie już bardzo długo, więc w końcu gdy tutaj miałam więcej czasu wolnego mogłam spokojnie siąść i wziąć się za kaligrafię. Nigdy nie współpracuję z szablonami, więc zajęło mi to trochę dłużej niż przeciętnie.







Wiosenne uściski!
A. 

08.03.2015

Czas zacząć gotowanie.

Ja naprawdę lubię pisać. Sprawia mi to przyjemność, ale chyba nie taką, która by mnie ciągnęła do ciągłego robienia tego. Myślę czasami by coś tu napisać, ale w końcu zapominam, bo zwykle zajmuję się jednocześnie tysiącem innych spraw, jednak tym razem jem śniadanie w łóżku w niedzielny, amerykański poranek, więc jest to idealny czas na bloga.

Zacznę o jedzeniu, bo to o tym głównie chciałam pisać.
Odkąd tu jestem moje zdolności kulinarne poprawiły się o 180 stopni. Kiedy byłam w domu lubiłam od czasu do czasu coś ugotować czy upiec, ale zawsze to były proste rzeczy. Nie żebym nie potrafiła zrobić czegoś z przepisu (co wydaje mi się najprostszą rzeczą), ale po prostu nigdy, ale to nigdy nie ciągnęło mnie do kuchni. Po prostu gotowałam kiedy chciałam zjeść obiad wcześniej a miałam dość prostych, szybkich tostów czy naleśnika. Czasami jednak miałam dni kiedy duch kulinarny dawał o sobie lekko znać, więc decydowałam się na ugotowanie obiadu dla całej rodziny. To jednak nie było zbyt częste, przez to, że po prostu nie chciało mi się stać w kuchni, bo zwykle nie dawało mi to zupełnie żadnej przyjemności.
Tak było dawniej. Jednak odkąd tu jestem i przekonałam się jak jedzą amerykanie (przynajmniej ci, na których ja trafiłam), zdecydowałam, że wolę, by rodzina mnie poznała, gdy wrócę do domu. Nie żeby jedli fast foody, bo od tego stronią jak mogą, ale mimo wszystko jedzenie ogromnych porcji węglowodanów z przetworzonej kolorowej, niby to super-zdrowej paczki i przygotowanego również w pięknie zapakowanej paczce mówiącej o braku konserwantów kurczaka o godzinie 20:00 to chyba nie jest najlepszy pomysł. Dodatkowo raz na tydzień pizza serowa i/lub salami. Oczywiście, że lubię pizzę, kto nie lubi? Ale nie co tydzień. Chcę ją lubić, a jedząc ją co tydzień zwyczajnie by mi się przejadła. Początkowo (pierwsze dwa, może, chociaż wątpię, trzy tygodnie) jadałam z nimi obiady. Bo tak mi pasowało, głupio mi było odmówić, bo dla nich wspólny obiad jest ważny. Poza tym, pomysł samodzielnego gotowania jakoś do mnie nie przemawiał, a codzienne jedzenie na mieście byłoby jeszcze gorszym wyjściem. No ale w końcu nastał dzień kiedy powiedziałam DOŚĆ. Powiedziałam im uprzejmie, że to jest po prostu dla mnie zbyt późno na obiad, i mogę jedynie od czasu do czasu z nimi jadać, jeśli będzie coś lekkiego. I wcześniej. Więc prawie nigdy. Zaczęłam sama gotować. Początkowo super proste potrawy jak makaron z brokułami i marchewką. Miało być szybko, wcześniej i smacznie, poza tym, będąc w sklepie nie zastanawiałam się co chcę zjeść na obiad, więc musiałam wybierać z tego co zostało już wcześniej zakupione. Ale z czasem zaczęłam przywiązywać do tego większą uwagę co - o dziwo - zaczęło sprawiać mi przyjemność. Pewnego dnia rozpisałam sobie pomysły na obiady, zrobiłam zakupy et voila! Co prawda nadal moje obiady nie są super wymagające, no ale powiedzmy sobie szczerze - jestem au pair, muszę sobie gotować podczas bawienia się z dzieckiem, więc nie mogę spędzić godziny przygotowując obiad. Ostatnio stawiam raczej na bezmięsne, białkowe a'la sałatki, bo od tygodnia mięso (no dobra, kurczak tutaj mięsem nie jest) mi nie smakuje, więc odkrywam nowe smaki i łączę (nie korzystam z przepisów! Wszystko wymyślam sama i okazuje się być rewelacyjne). Jestem z siebie naprawdę dumna!


Jeden z obiadów zeszłego tygodnia:


Jarmuż, quinoa, brokuły, marchewka, orzechy pekan, odrobina sera żółtego, z sosem z jogurtu naturalnego, musztardy dijon, pieprzu i chilli. (Nie mam zdjęcia jakiegoś bardziej wymagającego obiadu, ale w tym przypadku i tak zrobiłam postęp, bo nie jest to trzyskładnikowe danie.)
W tym przypadku quinoa zastępuje mi mięso, bo zawiera w sobie pełnowartościowe białko. Czytałam o niej już dawno, ale spróbowałam jej dopiero tutaj i jestem zachwycona. Ma w sobie masę cennych wartości odżywczych, nie jest bardzo kaloryczna a przy tym pasuje do praktycznie wszystkiego! Teraz zwracam uwagę na zdrowe odżywianie jeszcze bardziej niż w Polsce, bo praktycznie zmusiły mnie do tego realia życia tutaj (każda au pairka która tutaj jest dłużej ode mnie powiedziała mi "Każda tu przytyje!"). Więc zdecydowanie wolę wiedzieć co jem, niż wpychać w siebie odgrzane w mikrofali jedzenie z pudełka, mimo, że spotkam się z dziwnych wzrokiem amerykanów, którzy przecież idą z postępem.



A tak oto wygląda w tym momencie moje śniadanie, które uwielbiam i jem od dwóch lat. Serek wiejski z musli, siemieniem lnianym, migdałami i (czasami) owocami. Obowiązkowo kawa, bez której nie wyobrażam sobie poranka.




Miłej niedzieli!
A.

21.02.2015

Cały tydzień.

Siedzę na moim wielkim łóżku i myślę o minionym tygodniu. Był zdecydowanie dobry. Nareszcie znalazła tutaj sklep, gdzie mogę kupić wszystko do jakiegokolwiek rękodzieła, więc w końcu mam gdzie zaopatrzyć się w elementy do biżuterii czy markery do ubrań. Ten sklep jest ogromny i można tam kupić wszystko: materiały, pomoce do szycia, dekoracje do domu, elementy do stworzenia dekoracji do domu, farby i markery do każdego rodzaju podłoża, ołówki, długopisy, i dosłownie wszystko co związane z DIY. Spędziłam tam dobrą godzinę i wyszłam obładowana małymi paczuszkami. Na szczęście nie wydałam fortuny, ponieważ akurat był Dzień Prezydenta, więc pełno zniżek. Następny dzień jak można się domyślić spędziłam na tworzeniu małych cudeniek (zdjęcia dodam następnym razem). Nie zepsuł mi humoru nawet snow day w szkole A, chociaż trochę wybiło mnie to z mojego planu, bo akurat we wtorek zaplanowałam sobie małe zwiedzanie, a zamiast tego poszłyśmy do innej au pairki by nasze hostdzieci się bawiły razem, więc i tak nie było źle. No ale pierwsza zasada bycia au pair: nie planuj nic na konkretne dni, za to planuj weekendy i miesiące w przód, no ale to już jest związane z mentalnością amerykanów.

Co do mentalności to w tym tygodniu osiągnęłam największe dotychczasowe poirytowanie na nich. Kilka dni temu gdy byłam sama z małą wieczorem, zaraz po jej kąpieli nagle się źle poczuła i zwróciła wszystko co tego dnia zjadła. Na szczęście byłyśmy w łazience. Jako wzorowa au pair zachowałam zimną krew, zajęłam się nią i poinformowałam jej mamę co się stało. Jej reakcja całkowicie zbiła mnie z tropu. Cóż, tego właśnie dnia uświadomiłam sobie jak to Amerykanie są wypruci z jakichkolwiek uczuć. Ich pozorne bycie miłymi na każdym kroku zaznaczające się przez "Hi, how are you" jest najzwyklejszym automatycznym zdaniem nie niosącym nic za sobą. Ich wszędobylskie "thank you" jest równie pozbawione jakiejkolwiek wdzięczności i znaczenia. Praktycznie nic nie liczy się dla nich oprócz ich samych, wygody i pieniędzy. Przykre ale jak najbardziej prawdziwe. A wracając do dziecka. Jak rodzice mogą się nimi przejmować jeśli spędzają z nimi maksymalnie 2-3h dziennie? Kiedy ma wytworzyć się jakaś więź między nimi? Przecież od wszystkiego mają au pairki.
No ale koniec z pesymistyczną wizją Amerykanów.

Wracając do dobrego tygodnia.
Nareszcie zaczęłam college! Jest cudownie. Oficjalnie rozpoczęłam Introduction to Graphic Design Software i jest to dokładnie to, co planowałam jeszcze przed przyjazdem tutaj. Zapisałam się do Montgomery College, jeden z większych w Maryland, a jeden z kampusów jest oddalony o 10 minut od miejsca gdzie mieszkam. Chciałam taki kurs, bo grafika komputerowa po prostu mnie interesuje, a dodatkowo przyda mi się na studia w Polsce, na których za kilka lat będę miała podobną specjalność. Ale wracając do zajęć. Po pierwszym dniu jestem bardzo zadowolona dosłownie ze wszystkiego. Zajęcia w budynku artystycznym, odbywają się tu również wykłady i ćwiczenia z rysunku czy architektury. Wszędzie na korytarzach prace studentów, a sam korytarz ma elementy instalacji co idealnie oddaje atmosferę tam panującą. Niestety temu nie zrobiłam zdjęć, ale następnym razem zrobię. Sala, gdzie odbywają się zajęcia wyposażona tylko w urządzenia Apple. Pani profesor która prowadziła zajęcia super sympatyczna. Zajęcia trwały 2,5h, część wykładu, a część samodzielnej pracy. Oczywiście były to pierwsze zajęcia, więc wprowadzane były same podstawy, czyli pracowaliśmy na Photoshop Adobe, ale od czegoś trzeba zacząć. Nie rozumiem dlaczego większość au pairek których blogi czytałam nigdy nie wspominają o college'u, a jeśli już to są to dwa zdania o tym, że muszą coś wybrać, jakby to była katorga. Przecież to jest fantastyczne, że mamy możliwość studiowania tutaj, w tej atmosferze, spróbowania czegoś nowego. Każdy college oferuje naprawdę rozległe możliwości, więc jestem pewna, że każdy spokojnie może wybrać coś dla siebie. Jest wiele kursów z jednej dziedziny, różniące się jedynie szczegółami, więc bez problemu można dopasować to pod siebie. Oczywiście początkowo obawiałam się jak to będzie z moim angielskim, dogaduję się bez problemu z ludźmi, ale nie znam języka z określonych dziedzin. Okazało się, że moje obawy były niepotrzebne, bo zajęcia były prowadzone w bardzo przejrzysty sposób (zwłaszcza, że wszystko było pokazane na slajdach), a jak powiedziałam, profesor była bardzo miła, więc bez problemów można było pytać o wszystko.

Następnego dnia nareszcie znalazłam odpowiedni czas na to moje małe zwiedzanie. Nieważne, że na zewnątrz było -12 stopni, a ja miałam na sobie 5 warstw moich najcieplejszych ubrań. Szczęśliwa pojechałam autobusem, a następnie (pierwszy raz tutaj!) przesiadłam się w metro i wysiadłam w samym centrum Waszyngtonu. Przeszłam przez kilka ulic, które z resztą należały do tej typowo politycznej części stolicy, by z całkowicie zamarzniętymi dłońmi trzymającymi telefon z włączonym aparatem stanąć przed gmachem National Museum of American History. Wszystkie "National Museum" tutaj są całkowicie za darmo, a jest ich naprawdę sporo, więc dosłownie każdy, w każdej chwili może skorzystać z dóbr kultury. Weszłam szczęśliwa, bo dokładnie od tego muzeum chciałam rozpocząć, i szczerze mówiąc nie zawiodłam się. Trzy piętra, bardzo różnorodna tematyka. Poniżej dodaję zdjęcia :)

A wczoraj wieczorem spotkałam się z kolejną au pairką z miasta obok, z którą mam najlepszy kontakt. Posiedziałyśmy, pojadłyśmy, pogadałyśmy. Bardzo, bardzo miły wieczór!

Dzisiaj tutaj sypie śnieg, więc panika wśród amerykanów osiągnęła poziom najwyższy. Nie wolno wychodzić z domu, bo SYPIE ŚNIEG. Ehh...


Bardzo przepraszam za jakość zdjęć z Muzeum, niestety większość eksponatów była za szybami, które rozpraszały światło, a samo oświetlenie było bardzo słabe. 




















Amerykańsko:



PS. Uwielbiam niebo tutaj. Zawsze błękitne! 



Uściski!
A. 

15.02.2015

Nocne myśli.

Wybierając życie marzeniem na własną rękę gdzieś daleko od wszystkich bliskich osób, początkowo nie myślisz jak to będzie z dnia na dzień. Myślisz o Bożym Narodzeniu, urodzinach i wakacjach. I z reguły na tym kończą się zmartwienia dotyczące najcięższych chwil w odosobnieniu od najważniejszych osób. Perspektywa długiego okresu czasu też może napełniać obawami, ale stwierdzenie "długi okres czasu" to i tak pojęcie dosyć ogólne i każdy go odbiera inaczej. Rok? Przecież to tylko rok! Czym jest rok Twojego życia kiedy masz 40 lat? ale Rok? Przecież to tak długo... Tyle może się zmienić... Na tę subiektywną ocenę może składać się wszystko, a i tak ona sama może ulegać zmianie 17864357389202 razy kiedy już faktycznie znajdujesz się w ocenianej sytuacji.
W każdym razie. Rok składa się jeszcze z Nowego Roku, Tłustego Czwartku, Walentynek, Wielkanocy, długiego majowego weekendu, Dnia Matki, Ojca, Dziadka, Babci, Kobiety, Chłopaka, Dziecka, z pierwszego dnia wiosny, lata, jesieni, zimy, z Wszystkich Świętych, Mikołaja i Sylwestra. I innych 365 dni w roku, które są równie ważne. Każdy ma jakieś swoje rytuały, jakieś swoje tradycje na określone dni roku. Kiedy myślałam o perspektywie wyjazdu nie myślałam o tym, jak spędzę trzecią środę lutego, albo Tłusty Czwartek, albo 13 piątek, albo drugi wtorek marca. Przeżywałam raczej to jak przetrwam Święta bez bliskich. Teraz wiem, że każdy zwyczajny dzień w roku jest równie ważny co świąteczny. Czy kogoś kogo kochasz chcesz przytulić tylko od święta? No właśnie. Nie ma różnicy czy to są Walentynki czy jest to zwykły poniedziałek czy Dzień Kogoś Ważnego. Te świąteczne dni zdarzają się kilka/naście razy w roku, a ile razy w roku przytulasz, trzymasz za rękę swojego chłopaka, swoją dziewczynę, siostrę, brata, mamę, tatę, przyjaciółkę, przyjaciela...?
Mówię o tym dlatego, ponieważ wszechobecna komunikacja wcale nie jest tak perfekcyjnym rozwiązaniem. Wiadomo, że dużo ułatwia, ale może też pogarsza sytuację? Bo jeśli kogoś widzisz, a nie możesz tej osoby poczuć, pojawia się niekomfortowe uczucie.

Zdecydowanie nie chcę tutaj odstraszać wszystkich od podejmowania decyzji dotyczących wyjazdu, chociaż wiem, że ta notka przybrała taki niezamierzony charakter.
Chodzi mi raczej o to, że to jest naprawdę ogromna lekcja samodzielności i niezależności. I pewnie dla wielu jest to trudna lekcja. Po spędzeniu całych Walentynek tylko z moim hostdzieckiem, a wieczorem z opakowaniem lodów i Suits i sprawdzaniem cen biletów do domu doszłam do wniosku, że w sumie warto to przetrwać. Ciekawe doświadczenie na całe życie. Chodzi mi tutaj oczywiście tylko o sferę emocjonalną, bo wiadomym jest, że wyjazd sam w sobie jest dobrym doświadczeniem - praca, nauka, życie w innej kulturze. No ale wracając do "przetrwania". Mam tu na myśli takie szkolenie siebie, ćwiczenie swojej osobowości i zdecydowanie wzmacnianie swojego charakteru. Nagle zostajesz odcięta od wszystkich swoich dotychczasowych rytuałów dotyczących interakcji międzyludzkich. Nagle zostajesz zdana na siebie i... cieszysz się sobą. Sugerując się wpisami innych au pairek z dłuższym stażem, po miesiącu bycia tutaj mogę się zgodzić, że taki wyjazd pomaga znaleźć równowagę w sobie. Nie mówię, że mi się to już udało, bo w tym momencie jestem idealnym przykładem całkowitej dezorganizacji i chaosu, ale zaczynam zauważać, że to chyba tędy droga. Wpadłam w rutynę, poznałam nowych ludzi, a z rodziną i bliskimi rozmawiam równie często co na samym początku. No i mam świadomość, że te 7 tys km stąd są ludzie, którzy mnie kochają równie mocno jak ja ich, czekają na mnie i cieszą się moim szczęściem.
Miesiąc to i tak jest krótki okres czasu. Zobaczę za kilka miesięcy, ale póki co jest dużo lepiej niż na samym początku, kiedy dotarło do mnie znaczenie słów "ROK ZA GRANICĄ. SAMA". Teraz dotarło do mnie znaczenie "MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ". 

A do odważnych świat należy. Bo jeśli nie weźmiesz się za siebie i nie podejmiesz decyzji i jej nie spełnisz, cóż, będziesz szara/y, nieszczęśliwa/y i zastana/y w jednym miejscu, zamiast robić ciągłe kroki naprzód. Aha, i będziesz narzekać i zazdrościć innym, co jest całkowicie bez sensu, bo kto Tobie zabroni być lepszą/lepszym?



Udanego tygodnia!
A.

04.02.2015

Sun, sun, sun.

Dawno nic nie pisałam. Ten tydzień zleciał mi całkiem szybko, rutyna go całkowicie pochłonęła.
Prawie każdego dnia, po odwiezieniu małej do szkoły, spaceruję uliczkami Georgetown (z najpyszniejszym mango smoothie jakie piłam), zahaczam o downtown Waszyngtonu (i o trzypiętrowy Forever21), a wracając - downtown Silver Spring. Pogoda tu jest cudowna, słońce mocno grzeje, a zimowe powietrze delikatnie ochładza skórę. Niebo jest zazwyczaj całkowicie błękitne, mimo tak ogromnego miasta jakim jest Waszyngton, co teoretycznie jest sprzeczne z geograficznymi lekcjami na temat zanieczyszczenia powietrza. Ale bardzo doceniam ten każdy skrawek błękitu. 
W zeszłym tygodniu pierwszy raz byłam w centrum Waszyngtonu i zdecydowanie uwielbiam to miasto. Mówiłam już, że Georgetown jest najbardziej uroczym miejscem jakie tutaj widziałam, jednak z każdym dniem jestem coraz bardziej pewna stwierdzenia, że większość stolicy taka jest. Dzisiaj jadę pozwiedzać kolejne miejsca, których jeszcze nie widziałam, poodkrywać te małe uliczki i ogromne, tętniące życiem aleje, a w marcu czeka mnie wycieczka po Białym Domu!
Co do zwiedzania konkretnych obiektów: mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się wpaść do jednego z muzeów tutaj, których jest tysiące i... wszystkie mają darmowy wstęp! Są najróżniejsze, a te największe są zlokalizowane w niedalekiej odległości od Białego Domu, więc dodatkowy plus, by pospacerować w tamtych okolicach. 

W niedzielę był tutaj Super Bowl. Dla tych, którzy tak jak początkowo ja nie mają pojęcia czym jest ta dziwna nazwa, jest to największe sportowe wydarzenie w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Chodzi oczywiście o mecz footballu amerykańskiego, który staje się ogromnym wydarzeniem kulturalnym, ściągającym obywateli do jednego miejsca, a tym, którym się nie udało (w tym roku przyjechać do Arizony), zniecierpliwieni całymi rodzinami i grupami znajomych zasiadają przed wielkimi telewizorami, jedzą wielkie amerykańskie jedzenie i czują się amerykańsko. Oczywiście będąc au pair w US nie mogłam przegapić czegoś tak spektakularnego chociaż nie miałam pojęcia co mnie czeka. Razem z trzema innymi au pairkami zasiadłyśmy przed tv u jednej w pokoju, z dużym zapasem niezdrowego jedzenia i z ciekawością zaczęłyśmy oglądać. Ciekawość skończyła się po dziesięciu minutach, gdy patrzenie się na pancernie ubranych, rzucających się na siebie facetów zaczęła być nudna. Ożywienie nastąpiło razem z wejściem Katy Perry, której koncert podobał mi się ogromnie. Zaskakujący i bardzo w jej stylu. A na żywo śpiewała na prawdę całkiem nieźle! Po 15 minutach, gdy zeszła ze sceny zdecydowanie wolałyśmy zająć się grą w monopoly, niż dalszym oglądaniem meczu, mimo, że hostkid dziewczyny u której byłyśmy przyszło i zaczęło bardzo entuzjastycznie kibicować.
A, zapomniałam wspomnieć, że dzień wcześniej zrobiłyśmy sobie (z tymi trzema au pairkami) sleepover - dobre jedzenie, filmy i pogaduchy. Cieszę się ogromnie, że Au Pair in America tworzy taką społeczność. Nie dość że pomaga to w trudnych chwilach, to przede wszystkim otwartość każdej z nas jest idealnym rozwiązaniem dla wolnych, nudno zapowiadających się weekendów. 

Teraz już muszę kończyć, bo zaraz skończy mi się dwugodzinny parking. Jesteśmy w trakcie przeprowadzki, więc dzisiaj zostałam zmuszona do całego dnia poza domem. Nigdy się nie przeprowadzałam wcześniej, ale i tak wiem, że tutaj to wygląda zupełnie inaczej. Wszyscy wszystko za Ciebie robią. Ah, a co do domu - klimatyzacja mnie zabija. To jest najgorsze z czym tutaj trzeba żyć. Choćbym ciągle podkręcała w domu temperaturę, i tak jest mi non stop zimno. A oni uwielbiają zimno. Mała potrafi biegać po domu nieubrana, gdy ja zamarzam w trzech warstwach na sobie. Może kiedyś się do tego przyzwyczaję (nie mam wyjścia), ale póki co, mój organizm przeżywa katusze, gdy z okienek wentylacyjnych w moim pokoju leci na zmianę zimne i ciepłe powietrze. 


Zdjęcia z ostatnich dni: 


Waszyngton (brak błękitnego nieba, akurat padał śnieg)








Sleepover:




Super Bowl!



Mój ulubiony kącik w moim pokoju. I małpa od chłopaka. Okazało się, że każda au pairka ma misia od swojego chłopaka haha






Buziaki! 
A.

27.01.2015

Weekend!

Pierwszy pełny tydzień pracy za mną. Powoli chyba zaczynam wpadać w rutynę. Co prawda codziennie zdarza się coś, co zupełnie mnie zaskakuje (czy to zachowanie dzieci, czy dorosłych czy tak na prawdę cokolwiek), ale główny plan dnia mam taki sam. W weekend wybrałyśmy się z dziewczynami do Alexandrii, jednego z największych miast w stanie Virginia i National Harbor, by na cały dzień odetchnąć od zajmowania się naszymi uroczymi host dziećmi. Pogoda była idealna na spokojny spacer po mieście zahaczając o najważniejsze punkty - Stare Miasto i pomnik masonerii amerykańskiej, a wieczór spędzając w National Harbor.

Dzisiaj miała być zamieć śnieżna, miał być oficjalny "snow day" w szkołach, ale (na szczęście) nic takiego się nie wydarzyło. Rano każda aupairka odprowadziła swoje dzieciaki do szkoły, by później cieszyć się wolną chwilą. Przez cały dzień śnieg jedynie pruszył (w centrum miast zrobiła się plucha), ale podobno tej nocy ma już pojawić się owa zamieć, siejąca postrach wśród hostów. Może to spowodować wspomniany "snow day" albo przynajmniej opóźnienie w szkołach, więc od rana czekają gry i zabawy.

Swoje dzisiejsze kilka wolnych godzin spędziłam w mieście obok, Bethesdzie. Jest tam fantastyczna księgarnia, w której znajduje się kawiarnia (z jakby czytelnią), więc książek wcale nie trzeba kupować, a można wygodnie rozsiąść się z gorącą czekoladą lub kawą, zanurzyć się w lekturze i patrzeć jak śnieg leniwie pruszy za oknem. Idealnie. 
Poza tym, na tej samej ulicy znajduje się świetne miejsce z najróżniejszymi sałatkami a dokładnie na przeciwko najlepsze cupcake'i w całym Maryland - Georgetown Cupcake.



Zdjęcia z weekendu i z dzisiaj:


 Alexandria:







Dzisiaj, pierwsze zdjęcie z Silver Spring, dwa pozostałe - Bethesda:





Najlepsze cupcake'i w okolicy! Georgetown Cupcake: 





xoxo, 
A.

22.01.2015

Here comes the sun.

Właśnie piję gorącą czekoladę w Starbucksie w samym sercu Georgetown, części Waszyngtonu. Słońce ogrzewa zmrożone powietrze, więc nie sprawiało trudności przejście jednej z najdłuższych ulic tutaj by choć trochę pooddychać świeżym, nieklimatyzowanym powietrzem i nacieszyć się widokiem nowego miasta. Podoba mi się tutaj bardzo. Cały Waszyngton jest uroczy ale Georgetown jest najlepszy. Uwielbiam miasta. Paradoksalnie to one i ich zgiełk i zamęt pozwalają mi odpocząć.

Wszystko wygląda inaczej gdy świeci słońce. Bardziej optymistycznie, spokojniej. Na moje samopoczucie pogoda ogromnie działa, więc nareszcie mając te kilka godzin czasu wolnego mogę odetchnąć od napięcia i bałaganu. Spacerując po Wisconsin Avenue jednocześnie rozmawiając z M, pierwszy raz tutaj poczułam, że chyba naprawdę jest okej i daję radę. 




















































Buziaki dla deszczowej Polski! 
A.